Część III : Portugalia - Polska
Autor: Artur

No i wjeżdżamy do Europy, do Algeciras... tego dnia byliśmy pierwsi na bramkach do promu... jako że spaliśmy praktycznie pod bramkami wjazdowymi to
oczywista sprawa że nikt nas nie mógł wyprzedzić w kolejce :-)  Tak się już zahartowaliśmy we wszelakich formalnościach i walce o swoje,że bilety, paszporty, pchanie się w kolejce to
było dla nas równie normalne jak zakup piwa w przydrożnym markecie. Parę chwil i siedzimy na promie, parę chwil i siedzimy na motorach już na ziemi Europejskiej. Normalne jak bułka z masłem, jakże inne niż cała ta sytuacja przeżywana dwa tygodnie wcześniej w drodze do Afryki. Oczywiśćie wyglądamy tak jakbyśmy przyjechali prosto z misji w Afganistanie... gdybyśmy spotkali na promie
kogoś z Caritasu - jedzenie, ubranie i dobre słowo na drogę mamy na bank za free.

Europa - za cel obieramy Przylądek Roca w Portugalii. Położony na Półwyspie Iberyjskim stanowi najdalej na zachód wysunięty punkt lądu stałego Europy. Skalisty, wznosi się 144 m ponad poziom Atlantyku. Fajna meta żeby sobie poskakać do wody na główkę. Oczywiśćie nie będe mówił że wieje w tym miejscu turystami i można się poczuć jak w wakacyjną Niedzielę na krupówkach.
Ale oczywiśćie warto to zobaczyć. Zdjęcie przy tym monumencie z napisem CABO DA ROCA ma chyba każdy turysta który był w tych okolicach więc nie możemy być gorsi.



Jako że my lubimy "oddychać" szukamy czegoś mniej komercyjnego i stworzonego tylko dla nas. Chwila poszukiwań i było coraz ciekawiej.



Jako że nie jesteśmy jaroszami i lubimy zimne piwo to mamy siły, a jak mamy siły to nie musimy ciągle siedzieć na motorach, a że dużo czytamy o podróżach to zachciało nam się "odkrywać"
te rajskie miejsca z barwnych podróżniczych opisów. Na oko było niedaleko, w rzeczywistośći było niełatwo. Ale jako że my młodzi, piękni, wysportowani ( heheheh) to decydujemy się
na zdobywanie nieznanego. Pół godziny ostrego zejścia...



...i widzimy raj na ziemi...




Ja od razu chce tu zostać na zawsze, rozglądam się za garażem dla moto... Piotrek poczuł zew wolnośći, chwila i chce rozwalać toboły w tym miejscu i spać, leżeć,
pływać, oglądać i Bóg wie co jeszcze. Asia robi zdjęcia wszytkiemu co tylko widzi... każdy chyba poczuł się wtedy jak rozbitek który resztkami sił dopływa
do bezludnego raju...Robinson Cruzoe? Z nami miałby na noc ;-)





Ale cóż... wszystko co piękne nie trwa wiecznie, trzeba lecieć dalej... Navi do łapy i wbijam państwo Andorra...
Po drodze łapiemy nocleg gdzieś w lesie, na ognisku smażymy kiełbasy i pijemy ciepłe piwo z Lidla za 1,8 zł... 






Czyżby ktoś się pomylił i wrzucił po raz kolejny zdjęcie z opisu trasy Dom- Gibraltar? NIE. To znów Hiszpania. Powrót. Lekkie problemy z nawigacją, raz konkretnie
odkręcona manetka na autostradzie, gubię chłopaków na chwilę z oczu i już lecimy płatną autostradą... 80km za 15 Euro :-)



Z racji tego że mój Hornet ma mały bak to odwiedzamy chyba każdą stację po drodze. Dzięki mojej Hondzie czujemy się powoli w tym temacie jak kierowcy tirów, wiemy
na której mogą być prysznice, na której będzie sie dobrze spało albo na której trzeba mieć kartę paliwową ;-)
Na jednej z nich spotykamy małżeństwo - motobikerów z Rosji, dokładnie z Murmańska. Fajna parka, dają nam naszywki na kurtki "Murman Riders" oraz zaproszenie na zlot do Rosji. Mieszkaja 500 km od Nordkappu (Finlandia) i są osobami na dużym luzie. Mamy zaproszenie na zlot, mamy zaproszenie żeby wpaść ich odwiedzić w Murmańsku. Każdemu z nas zaświeciła żarówa w temacie gdzie jechać za rok... . Rosjanie jadą do Madrytu na odwiedziny do syna, zostało im 400km a oponę mieli bardziej łysą niż "dekiel" Jana Marii Rokity. Trzymaliśmy za nich kciuki więc pewnie dojechali... na lawecie ;-)




Jeżdżąc latem po polsce poza autostradami ciągle ma się tu i ówdzie widok rosnących jabłek, gruszek, śliwek... w Hiszpanii zamiast tych owoców rosną pomarańcze, mnóstwo pomarańczy.
Niby prosta sprawa...jedziesz, stajesz, zrywasz, jesz. Proste. Niby. Napotkany polski tirowiec zapytany o pomarańcze powiedział nam tak:
staję sobie przy drodze, widzę sad z pomarańczami. Podchodzę pod drzewo, wyciagam rękę żeby zerwać parę owoców, co widzę.... węża. Zajebiśćie dużego węża splątanego w gałęziach drzewa pomarańczy... nawrót i zwijam się stamtąd 50 razy szybciej niż przyszedłem. To nam dało dużo do myślenia. Ale instynkt i tak zwycięża...




Śpimy sobie w sadzie... wokoło mnóstwo pomarańczy na wyciągnięcie ręki... duże, soczyste, pachnące, miękkie, słodziutkie... (spokojnie, to nie opis kobiecych piersi)... zero chemii, smak taki jaki dała natura, naprawdę warto zaryzykować spotkania z weżem dla tego smaku.

Ale co tam... trzeba jechać dalej, powrót, szybka decyzja żeby było ciekawiej trzeba coś zaliczyć ciekawego po drodze, Andorra? Co to? Państwo? Ok, może być. Lecimy.




Pierwsza fota, pierwsze warażenie - luz, czujemy się jak u siebie. Coś tam wiemy o Andorze - że leży w pirenejach :-) Ale ta informacja wtedy jeszcze nam niewiele mówiła, ot jest sobie jakieś tam Panstewko w jakichś tam górkach... spoko. O tym jak bardzo się mylilismy będziemy mieli okazję przekonać się dosłownie za chwil parę :-)

Andora to kraj leżący w Pirenejach i całkowicie pokryty górami. Ma powierzchnię 462 km². Średnia wysokość terenu to 1996 m n.p.m!!!
Wpadamy na stację... benzyna po 1 Euro...taniocha, gęby się nam śmieją. Marlboro 2 Euro...Piotrek C. czuję się jak w raju. Generalnie tanio i nawet fajnie, można tam nawet pobyć cały dzień i się nie nudzić ;-) Ale co tam, zakupy w markecie, zakup czegoś mocniejszego na wieczorne pogaduchy i lecimy dalej... kierunek francuskie plaże... obojętnie jakie...byle szybko poleżeć i zamoczyć cztery litery w śródziemnym. Ruszamy... robimy parę kilometrów i...



w oddali widać jakieś chmury...jakiś śnieg?? !! temaperatura w ciągu minuty zmienia się z sympatycznych 28 na 10. A gdzie tam do przełęczy... szybkie uzbrojenie się w cieplejsze łachmany i lecimy dalej... kolejne parę minut i...



chmury i śnieg mamy na wyciągnięcie ręki! patrze z niedowierzaniem na datę...26 czerwiec. Temperatura koło 6 oC. Bosko się czujemy, takie orzeżwiające zamarzanie rąk, kostniejące kolana dodają nam otuchy a zamarzające powieki pomagają nam w bezpiecznym wspinaniu się wyżej. Do pełni szczęśćia brakuje nam tylko gradobicia :-)
Wyjazd na tą przełęcz gdzie zaczyna się już Francja, zjazd w chmurach, potem dłuuugie kilometry zjazdu w ciemnościach... problemy z zatankowaniem paliwa... dały nam nieżle w cztery litery.
Trzeba było robić pompki, trzeba było robić przysiady żeby rozgrzać zmarznięte kośći... ale było bosko. Nikt nie zamarzł podczas tego zjazdu, paliwo udało się znależć, nocleg tej nocy był oczywiście z tych za "milion dolców" - na parkingu przed supermarketem, bajka :-) Ochrona która patrolowała okolice myślała pewnie że szykujemy się do napadu... więc całą noc byliśmy całkowicie bezpieczni - doglądali nas co chwilę i pewnie nie mogli dojśc do tego co 4 osoby w czarnych kurtkach robią o północy na pustym marketowym parkingu... a może zobaczyli polską flagę i już wszystko wiedzieli ;-)

Francja... taka sama jak dwa tygodnie temu, fajna. A my zwiedzamy jakieś napotkane po drodze miasteczko.



Francuskie koty są takie same jak te nasze dachowe bestie - mała są fajne, a duże chętnie leją do pościeli i na firanki.



Asia w wolnych chwilach czyta ogłoszenia mimo że z Francuskiego razem w czwórkę wiemy tylko co oznacza słowo Citroen i Peugeot.



Idzie wieczór... trzeba spać. Cudowny parking przy pierwszej lepszej fabryce z super wygodnymi krawężnikami jest tej nocy dla nas 5-gwiazdkowym hotelem. Piotrek C. bardzo sobie chwalił krawężniki na tej mecie...podobno bardzo wygodne i robione jakby pod niego. ;-)



Ostatnie foto tej wyprawy. Austria. Alpy. Tu miesiąc temu nas zlało na amen. Tu jadąc marzyliśmy o Afryce, o cieple i momencie kiedy będziemy mieli wszystko suche. I dostalismy to. Teraz wracaliśmy w słońcu... tak jakby te rejony znów nas zapraszały do rozpoczęcia kolejnej przygody właśnie w tym miejscu.



Kłaniam się nisko...
Artur